czwartek, 14 maja 2009

Wtorek

-pracujesz jutro?
-tak.
-do której?
-do 17, może 19... nie wiem...
-szmatko, mam dla Ciebie taką niespodzianke, ze chciałbym nagrac Twoją mine kiedy ją zobaczysz
-Największą niespodzinką bedziesz tylko Ty, i tylko dla mnie.

Następnego dnia...
Zaczęłam prace o stałej porze. Lubie swoją prace. Praca, która wymaga taktu, dużej kultury osobistej i nienagannego wyglądu. Tak własnie ją odbieram.
Dzisiaj nie było zbyt dużego ruchu... w końcu mamy wtorek. W czasie pracy miałam czas na wpinanie myśli co bedzie jutro. Jutro miał mnie zeszmacic...
Jestem cała podekscytowana, podniecona i szczęśliwa jak nigdy dotąd! to nie możliwe abym nie myślała.
Myślałam o tym, jak będe się szykowac. O tym kiedy będe na Niego czekac przed bramką, i o tym jak nie wypuścimy się z objęcia kiedy po tylu tygdniach rozłąki będziemy razem, i o tym jak...
Cały dzień emanowałam radoscia, i chyba nikt tego NIE MÓGŁ nie zauważył. Jak w hipnozie wykonywałam codzienne czynnosci. Przygryzałam wargi łapiąc się po fakcie kiedy odczuwałam już lekki ból.
Ostanie pół godziny. Starannie wszystko przygotowałam - nakryłam stół, ułozyłam sztucce, zadbałam o wszystkie szczegóły aby wyjsc z pracy z czystym sumieniem że wszystko jest ok.
Zabieram serwetki i wychodze na zaplecze. Zostało 20 minut... tylko 20.

Wracam na sale. Nie dociera to do mnie. Mogłabym sobie zadac pytanie "Co jest.... kurwa co jest?! jest wtorek! " Ale w tym momencie nie miałam żadnych pytań o dzień, o date w kalendarzu ani o to jakim prawem ja Go dzisiaj widze. Żadnych pytan. Nic. Pustka. Wiedziałam tylko ze to nie jest sen.
Podchodzac do stolika posłał mi lekki uśmiech, tak jakby flirtował ze mną. Stop klatka, która bedzie trwac w mojej głowie na zawsze... Za jego ramieniem znika pozostawiony ukradkiem wzrok. Siada. Zamawia. Czeka.
Zaczynam drżec, nie mogąc tego opanowac. Ręce trzęsą mi się niemiłosiernie. Z trudem chwytam tace, którą zawsze noszę bez żadnego ale. Niepewnym krokiem podchodze do Niego.
Nie zdażyłam nic powiedziec, nie mogłam... nie wiedziałam jak ... nic w tej chwili nie wiedziałam. Cieszyłam sie jak mała dziewczynka. Jego mała...

- dzień dobry.

Jego pierwsze słowa i widzę znowu ten uśmiech na jego ustach. Niesamowite jak wielką mają moc, uspokajam się, zaczynam wierzyc ze wszystko jest tak piekne że wręcz realne. Uśmiech nie znika z mojej twarzy...

na stoliku stawiam kawe i cole z cytryną.

-dzień dobry. Kawa dla Pana. I cola - proszę... ... ... ... Jak minęła podróż? ...
Kończę za 10 minut...
-Wiem, ze kończysz za 10 minut.

Stałam jak wryta za nim to do mnie dotarło. Wiedział wszystko. Ja nic.

Czekam na Niego, juz bez fartuszka, przy barze. Idzie pewnym, spokojnym krokiem. Nie pyta się o nic. Nic nie mówi, nie odpowiada... Wychodzi.
Wychodzę za Tobą. Tak jakby niewidzialna smycz ciągnęła mnie do Ciebie. Znów nie zdążyłam nic powiedziec. Nie musiałam. To było tak oczywiste.
I znów idziesz tym pewnym krokiem przed siebie, podążam za Tobą. Na rogu dwóch głównych ulic centrum miasta przystajesz i mocno mnie obejmujesz. Tulisz jakbyś trzymał w swoich rękach największy skarb. Nie wypuszczasz. Ja drże, z ledwością chwytając oddech.

- Kurwa....tak bardzo się ciesze...

Tylko to byłam w stanie wyszeptac Ci do ucha. Nic nie odpowiedziałeś. Tuliłes mnie dalej. Tak mocno to pamiętam, nie chciałeś mnie wypuszczac...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz